Nie wierzę w bociany - ot tytuł jednej z moich ulubionych książek z dzieciństwa. Gdy ją czytałam, miałam może 7 lat. Moi kochani rodzice wychowali mnie tak, że nie było "tej rozmowy". Dla mnie rzeczy oczywiste zawsze były oczywiste.
W podobny sposób, nigdy nie otrzymałam smutnej wiadomości o nieistnieniu Świętego Mikołaja - a właściwie o grubym i przerośniętym brodatym krasnalu w czerwonym stroju narciarskim. Bo historię Świętego Mikołaja, charytatywnego biskupa, znałam doskonale.
Dla jasności, moi rodzice, to biologiczni rodzice. Natomiast może istotna kwestia to taka, że wychowana byłam w Australii, gdzież też się urodziłam. Więc zaczynając pisać ten blog, z góry przepraszam za oszpecanie języka polskiego.
Istotna dlatego, że moi rówieśnicy tu w Polsce na temat adopcji wspominają siąsiadkę z bloku, która przeprowadziła się do innego województwa by wychować adoptowane dziecko jako swoje, gdzyż dawni znajomi i sąsiedzi, a czasami nawet rodzina, niemogła zrozumieć sytuację - jaka by ona nie była. Wspominają kolegę ze szkoły kuzynki, który znał chłopca adoptowanego przez "normalną" rodzinę, który wychował się na narkomana i zabójcę, i zapewnie to ma po rodzicach biologicznych. Wspominają, że biologiczne matki muszą mieć poważne problemy by oddać dziecko do adopcji, że są urodzeni w wyniku gwałtu i sami będą gwałcicielami, albo dziećmi psychicznie chorych i też będą mieli choroby psychiczne.
Dla mnie, temat adopcji jest dużo bardziej skomplikowany. Dla mnie pytania są o dzieciach wychowywane w instytucji zamiast w rodzinie, o zdolności macierzyńskie (czy też tacierzyńskie) osób samotnych, homoseksualnych, starszych, młodszych, niebędących w związkach małżeńskich, lub członkami takiej czy innej parafii, oraz filozoficzno-naukowe pytanie: nature kontra nurture. Ale nie o tym, jakie "wyjdą" moje dzieci.
W liceum poznałam kilki dzieci adoptowanych. W tym koreanki, wychowywanych w rodzinach anglosaskich. Jedna koleżanka miała starszą siostrę, biologiczne dziecko jej rodziców. Druga była jedynaczką, jej rodzice nie mogli mieć dziecko. Inna koleżanka pochodzi z Chile, tak jak jej rodzice adopcyjni. Kiedy się o tym dowiedziałam, byłam zachwycona. Córka wyglądała jak matka, nidgy by mi do głowy przyszło, że nie była biologicznie spokrewniona. Ale gdy się o tym dowiedziałam, oczywiste stało się to, że dziewczynka wszystkie maniery ma po matce - adopcyjnej - i dlatego były do siebie tak podobne.
Dla mnie ta ostatnia dziewczyna i jej matka stały się symbolem tego, co to znaczy być rodzicem i wychować dzieci. Chyba wtedy też stało się dla mnie oczywiste, że zadoptuję dziecko.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz