niedziela, 3 lutego 2013

Postanowienia noworoczne

Z mężem postanowiliśmy, że w 2013 roku będziemy myśleli o powiększeniu rodziny. 

Nie ograniczamy się, że tylko naturalnie bądź tylko adopcją. Zaczęłam brać kwas foliowy itd na ewentualność, że zajdę w ciąży. Postanowiliśmy też pójść na kurs w ośrodku adopcyjnym aby przygotować się na rodzicielstwo.

W przypadku adopcji, adopcja ze wskazaniem będzie chyba najlepszą opcją. Adopcja za pośrednictwem ośrodka adopcyjnego znaczyłaby jeszcze kilka lat czekania - w Warszawie trzeba mieć pięcioletni staż małżeński aby się kwalifikować a i wtedy raczej nie "dostanie się" noworodka. 

Przy adopcji ze wskazaniem, jak to rozumiem, trzeba być po kursie z ośrodka adopcyjnego żeby się kwalifikować. Z tego co się doczytałam na www.adopcjazewskazaniem.org, matki biologiczne chcące oddać dziecko do adopcji na forum odnajdują kobiety chcące przysposobić dziecko. Ciężarna zwykle chyba zamieszkuje z przyszłymi rodzicami do rozwiązania i zostawia dziecko nowym rodzicom, z jakimś prawnym dokumentem, chyba aktem notarialnym, o powierzaniu opieki - matka biologiczna ma prawa rodzicielskie ale dziecko zostawia rodzicom adopcyjnym. Zgodnie z polskim prawem, sześć tygodni po narodzinach malca matka biologiczna składa papiery w sądzie o chęci przekazania praw rodzicielskich nominowanym osobom i jeżeli te osoby nie są z rodziny matki biologicznej to właśnie wtedy muszą mieć ten kurs.

Kurs chyba odbywa się raz w tygodniu przez trzy miesiące w ośrodku adopcyjnym z innymi parami które chcą adoptować, ogląda się filmy, robi się jakieś ćwiczenia, przygotowują na ewentualne pytania rodziny, bliskich i nawet z czasem samego dziecka. Podejrzewam, że dopiero na tym kursie przekonamy się czy faktycznie chcemy adoptować.

Więc kurs, dobranie się z matką biologiczną, i dalej idzie z płatka, tak? Zakładam, jednak, że nie.

Czytając na forum i historiach innych widać, że różnie to bywa. Przedewszystkim, niektóre matki biologiczne proszą o pomoc a nawet grożą, że dziecka nie oddadzą bez niej. Taki szantaż i handel dziećmi jest oczywiście niedopuszczalny i absolutnie nie mamy zamiaru z takimi osobami współpracować.

Inna opcja jest taka, że matka po narodzinach dziecka ma te sześć tygodni nim może złożyć wniosek w sądzie o przekazanie pieczy i w ten czas może się rozmyśleć - i ma do tego pełne prawo. To na pewno będzie trudne, ale koniecznie musimy się pilnować, by jednak nie przywiązywać się za bardzo do dziecka do póki sąd nie wyrazi zgodę na apopcję przez nas.

No i kolejna kwestia, że sąd, jak to sądy polskie, na pewno nie wyda od razy zgody, tylko będzie się czekało i czekało. W sądzie trzeba złożyć całą górę papierów, zaświadczenia o niekaralności, akt małżeński, wniosek o przysposobienie i inne, oraz mieć ukończony kurs w ośrodku adopcyjnym.

Prawdopodobnie szybko i gładko nie pójdzie. Ale liczę też na to, że z czasem znajdziemy odpowiednią kobietę, która powieży nam pieczę nad swoim dzieckiem. 

Na początku stycznia zadzwoniłam do ośrodka adopcyjnego przy nowogrodzkiej w Warszawie i umówiliśmy się na rozmowę wstępną ósmego marca...

poniedziałek, 9 stycznia 2012

Nie wierzę w bociany

Nie wierzę w bociany - ot tytuł jednej z moich ulubionych książek z dzieciństwa. Gdy ją czytałam, miałam może 7 lat. Moi kochani rodzice wychowali mnie tak, że nie było "tej rozmowy". Dla mnie rzeczy oczywiste zawsze były oczywiste.

W podobny sposób, nigdy nie otrzymałam smutnej wiadomości o nieistnieniu Świętego Mikołaja - a właściwie o grubym i przerośniętym brodatym krasnalu w czerwonym stroju narciarskim. Bo historię Świętego Mikołaja, charytatywnego biskupa, znałam doskonale.

Dla jasności, moi rodzice, to biologiczni rodzice. Natomiast może istotna kwestia to taka, że wychowana byłam w Australii, gdzież też się urodziłam. Więc zaczynając pisać ten blog, z góry przepraszam za oszpecanie języka polskiego.

Istotna dlatego, że moi rówieśnicy tu w Polsce na temat adopcji wspominają siąsiadkę z bloku, która przeprowadziła się do innego województwa by wychować adoptowane dziecko jako swoje, gdzyż dawni znajomi i sąsiedzi, a czasami nawet rodzina, niemogła zrozumieć sytuację - jaka by ona nie była. Wspominają kolegę ze szkoły kuzynki, który znał chłopca adoptowanego przez "normalną" rodzinę, który wychował się na narkomana i zabójcę, i zapewnie to ma po rodzicach biologicznych. Wspominają, że biologiczne matki muszą mieć poważne problemy by oddać dziecko do adopcji, że są urodzeni w wyniku gwałtu i sami będą gwałcicielami, albo dziećmi psychicznie chorych i też będą mieli choroby psychiczne.

Dla mnie, temat adopcji jest dużo bardziej skomplikowany. Dla mnie pytania są o dzieciach wychowywane w instytucji zamiast w rodzinie, o zdolności macierzyńskie (czy też tacierzyńskie) osób samotnych, homoseksualnych, starszych, młodszych, niebędących w związkach małżeńskich, lub członkami takiej czy innej parafii, oraz filozoficzno-naukowe pytanie: nature kontra nurture. Ale nie o tym, jakie "wyjdą" moje dzieci.

W liceum poznałam kilki dzieci adoptowanych. W tym koreanki, wychowywanych w rodzinach anglosaskich. Jedna koleżanka miała starszą siostrę, biologiczne dziecko jej rodziców. Druga była jedynaczką, jej rodzice nie mogli mieć dziecko. Inna koleżanka pochodzi z Chile, tak jak jej rodzice adopcyjni. Kiedy się o tym dowiedziałam, byłam zachwycona. Córka wyglądała jak matka, nidgy by mi do głowy przyszło, że nie była biologicznie spokrewniona. Ale gdy się o tym dowiedziałam, oczywiste stało się to, że dziewczynka wszystkie maniery ma po matce - adopcyjnej - i dlatego były do siebie tak podobne.

Dla mnie ta ostatnia dziewczyna i jej matka stały się symbolem tego, co to znaczy być rodzicem i wychować dzieci. Chyba wtedy też stało się dla mnie oczywiste, że zadoptuję dziecko.